Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 grudnia 2013

"Magia jest tym, czego nie wiesz...", czyli prawdziwa historia św. Mikołaja.

Mamy grudzień. Magiczny miesiąc. Bardzo magiczny. I wbrew pozorom nie tylko dla dzieci. Ba! Może właśnie wręcz odwrotnie... Jest on bardziej magicznym dla bardzo realnych dorosłych, którzy zaczynają przypominać sobie o cudach, bajkowości, fantazji...

Grudzień to miesiąc rzeczy niezwykłych i im więcej ich jest, tym mocniej przeżywamy atmosferę Świąt Bożego Narodzenia. I nie mam tu na myśli strony komercyjnej, która zamiast pogłębiać duchowe przeżywanie, ogranicza je do minimum, ani też religijnej, ponieważ niezależnie od wyznawanej wiary ludzie potrafią je bardzo silnie odczuwać. Znam muzułmanów, którzy obchodzą katolickie święta, nie biorąc pod uwagę ich "świętości", ale korzystając z możliwości bycia razem z rodziną i przyjaciółmi. Bo to czasami jedyny moment w roku, kiedy możemy pokazać nasze człowieczeństwo...

Trochę odbiegam od tematu, ale myślę, że to, o czym wspomniałam jest istotne, aby zrozumieć, dlaczego tak ważny jest dla nas okres świąteczny. Ważny, bo magiczny, mało realny, fantastyczny. Daleki od tego, co robimy na co dzień. My, dorośli uwielbiamy święta właśnie za to... Dzieci również, choć nie do końca są tego świadome (dziecko do 6. roku życia nie potrafi oddzielić świata nierealnego od realnego). I właśnie trochę o nich i o tym, co dla nich w te święta jest najważniejsze: św. Mikołaj. Mówić prawdę od samego początku? A może pozwolić na naiwną wiarę, którą przyjdzie w pewnym momencie skonfrontować z rzeczywistością? Ilu dorosłych, tyle opinii i argumentów na ten temat. Wyznawcy pedagogiki Montessori uważają, że prawda jest najlepszym źródłem poznania świata i całej wiedzy o nim. Z tego też powodu niczego nie wolno ukrywać przed dzieckiem. To dotyczy również św. Mikołaja. Montessoriańskie dzieci od samego początku wiedzą, że za podarunkami stoją rodzice, dziadkowie, panie z przedszkola... Pewnie wielu rodziców i wychowawców uzna to za dobry pomysł, który zrzuca z nas ciężar tłumaczenia w późniejszych latach, że ten cały Mikołaj to było kłamstwo. Może i tak. Ja mam na ten temat zdanie odmienne: POZWÓLMY DZIECIOM MARZYĆ.

W roku poprzednim 6 grudnia przypadł mi dyżur otwierania przedszkola. To był jeden z najpiękniejszych dni w roku. Nigdy wcześniej i nigdy później nie spotkałam się z tak wielką radością i wiarą w oczach dzieci, które wbiegały z historią i emocją na ustach... Właśnie wtedy pomyślałam, że nie można im odbierać magii, w którą wierzą, a w którą i my wierzyliśmy. Są rodzice, którzy bardzo dbają o Mikołajkowe rytuały i im chwała za to. Znam dzieci, które 5 grudnia samodzielnie pieką ciastka, które przed snem kładą w kuchni na stole wraz ze szklanką mleka. Dla Mikołaja... Znam i taką dziewczynkę, która dodatkowo troszczy się o renifery (zostawia im siano) oraz elfy (dla nich czeka sok i ciasteczka). Ale najpiękniejsze jest ich pełna wiary historia o tym, jak ciastka zostały zjedzone, a mleko wypite... I to, że tak bardzo próbowały nie spać tej nocy, aby spotkać św. Mikołaja... Niewiele z nas zdaje sobie sprawę z tego, że nie są to dla dziecka tylko ulotne chwile i tymczasowy przypływ emocji. Jest to sprawa najwyższej rangi! I powinniśmy im na to pozwolić...

Ale co potem? Spokojnie... Dziecko to też człowiek. Rozumny człowiek. I zazwyczaj samo zaczyna się orientować w sytuacji. Krok po kroku... Zanim przybiegniemy z wyjaśnieniami, ono będzie wiedziało swoje. Dużo wcześniej. Ale nie wspomni nam o tym i dalej będzie pisał kartki z listą prezentów. Tym razem bardzo świadomie kierując rodziców na swoje marzenia :)

Oczywiście są przypadki, kiedy to prawda o św. Mikołaju bywa bolesna. Co zrobić wtedy? Opowiedzieć o biskupie z Miry, o św. Mikołaju z Laponii, o tradycji wręczania prezentów i o tym, że najpiękniej jest po prostu w coś wierzyć. Bo wtedy jest magicznie...

wtorek, 24 września 2013

"Bo w oczach twoich jaśnieje iskra, której nikt nic rozumie..."

Witajcie kochani!

Od razu bardzo, ale to bardzo przepraszam za niedostępność przez prawie trzy miesiące. Okres wakacji sprzyjającym pisaniu nie był, a potem złośliwość rzeczy martwych przypomniała sobie, że dawno mi nie robiła na przekór. I jeszcze obowiązki w nowej pracy pochłonęły mnie doszczętnie. Powoli jednak zaczynam widzieć przysłowiowe światełko w tunelu. Wracam do żywych. I mam nadzieję, że tak już pozostanie :)

Tworząc ten blog myślałam o podejmowaniu tematów lekkich i tylko czasami trochę kontrowersyjnych dla tych bardziej nieśmiałych wychowawców czy rodziców. Niestety obok tego, o czym chcę dzisiaj pisać (choć dosadniejszym byłoby słowo KRZYCZEĆ), nie mogę przejść obojętnie. Nie godzę się na to jako wychowawca. Na AUTYZM. Na ZESPÓŁ ASPERGERA. Na dzieci z CECHAMI AUTYSTYCZNYMI.

Moje doświadczenie pedagogiczne nie jest jeszcze powalająco wielkie. Wiele jeszcze nie wiem i pewnie długo przyjdzie mi czekać na poznanie choćby w połowie dziecięcej psychiki. Uważam jednak, że jako osoba młoda mam świeższe spojrzenie na wiele spraw. Nie schematyzuję (nie twierdzę, że nigdy nie będę), bo jeszcze tego nie potrafię. Z tego też właśnie powodu paraliżuje mnie podejście do dzieci, które odbiegają od norm, jako tych wybitnie niegrzecznych i niereformowalnych. A czasami wystarczy szerzej otworzyć oczy i zobaczyć, że oprócz wybuchów gniewu, braku posłuchu, niezdolności do interakcji społecznych jest strach. Przeszywający strach przed światem, którego nie potrafi zrozumieć...

Ludzie boją się autyzmu. I mam wrażenie, że tak do niedawna odstraszający Zespół Downa jest bardziej oswojony i akceptowany, aniżeli wspomniane wyżej zaburzenia. Rodzicom wcale się nie dziwię tej obawy o własnego dziecko i przyszłość z autyzmem. Mają prawo do tego i w żaden sposób ich nie winię za klapki na oczach. Rodzic przede wszystkim nie ma porównania i zachowania jego dziecka wydają się zwykłym nieposłuszeństwem. I właśnie dlatego na pomoc powinniśmy przychodzić my - nauczyciele. Życie jednak pokazuje, że niestety sami wychowawcy czekają z poinformowaniem rodziców (nie diagnozą!) o potrzebie konsultacji psychologicznej. Czasami za długo. I zamiast pomagać, szkodzą. Uważam, że nawet niepotrzebna, bo wykluczająca zaburzenia jakiekolwiek, konsultacja psychologiczna jest lepsza od jej braku. Nie unikajmy tematów trudnych i nie czekajmy na przybycie pomocy. Ona nie przybędzie. My sami musimy działać. A jak mówić o podejrzeniach CECH AUTYSTYCZNYCH (Autyzm czy zespół Aspergera brzmią jak wyrok, a dotykają niewielki procent dzieci. Większa ich część ma jedynie cechy autystyczne, które po odpowiednio dobranej terapii mogą być umiejętnie zamaskowane i wykorzystane.)? Mówmy nie tylko o wadach zaburzenia, ale przede wszystkim o zaletach. I od nich zacznijmy rozmowę z rodzicem. Mówmy o niebywałej inteligencji oraz umiejętności bardzo szybkiego i szczegółowego zapamiętywania. Autysta może zostać pełnoprawnym obywatelem, z wyższym wykształceniem i bardzo dobrą pracą. Ale żeby to osiągnąć należy rozpocząć terapię jak najwcześniej!!! Każdy miesiąc jest ważny. Ba! Każdy tydzień i każdy dzień. To walka o życie małego człowieka. Muszą pamiętać o tym również rodzice. Tu nie ma czasu na rozważania i wypisywanie z przedszkola (jak to niektórzy mają w zwyczaju)! A rodzicom pomóżmy my. Koniecznie!

Dla zainteresowanych literatura, do której naprawdę warto sięgnąć: Barbara Winczura "Autyzm. Na granicy zrozumienia", Jadwiga Komender "Autyzm i zespół Aspergera", Lucyna Bobkiewicz-Lewartowska "Autyzm dziecięcy", Claire Grand "Autyzm i zespół Aspergera", Parker Jonathan i Randall Peter "Autyzm. Jak pomóc rodzinie" oraz Agnieszka Borkowska i Beata Grotowska "Codzienność dziecka z zespołem Aspergera".

I tak na zakończenie refleksją niech będą słowa, które kiedyś usłyszałam na studiach: "Najpiękniejszymi dziećmi na świecie są dzieci autystyczne. Bóg zabrał im świat, dał nieprzeciętny mózg i urodę".

sobota, 1 czerwca 2013

Na powitanie "Bajki rozebrane"

Witajcie w Willi Śmiesznotce!

Postanowiłam w końcu podzielić się moją pasją z tymi, którzy mają dzieci lub zamierzają je mieć. Z pedagogami, wychowawcami, rodzicami. Rzecz  ma dotyczyć dzieci tych nieco młodszych: przedszkolaków.

Jestem filologiem polskim z wykształcenia i pasji, z powołania: przewodnik milusińskich. Pracuję w przedszkolu, w którym zamiłowania czytelnicze i kulturowe łączę z edukacją kilkulatków. Jestem wyznawcą pedagogiki Janusza Korczaka i o moim guru pewnie niejednokrotnie przeczytacie w odwrócony sposób: mniej naukowy, bardziej życiowy i codzienny.

A co właściwie odnajdziecie na moim blogu? Recenzje książek dla dzieci i o dzieciach. Propozycje zabaw ruchowych i manualnych. Informacje o miejscach i wydarzeniach ciekawych. Kilka biblioterapeutycznych porad. A wszystko sprawdzone, przetestowane, wiarygodne. Posty dla aktywnych, niewypalonych, bezgranicznie ufających temu, co robią.


Na początek "Bajki rozebrane" czyli rzecz o tym, co czytamy dzieciom.




Niewiele z nas zdaje sobie sprawę z tego, że w słowach tkwi prawda, która trafia do podświadomości dziecka, a po latach zostaje otrzepana z kurzu. Rodzice i nauczyciele czytają bajki i baśnie, ponieważ pobudzają wyobraźnię, wzbogacają czynny słownik dziecka, uczą koncentracji. Nie zawsze zwracają uwagę na to, jak dziecko reaguje na dany tekst. Po latach okazuje się, że to małe dziecko, dziś dorosłe, pamięta z dzieciństwa tekst tej jednej jedynej bajki. Utożsamia się z nią, ale tak naprawdę nie wie dlaczego. Katarzyna Miller i Tatiana Cichocka wyjaśniają treść znanych i ponadczasowych bajek i baśni. Każdy symbol, schemat i postać zostają obdarte ze sztywnej skóry. I powstaje nowa literatura dla... dorosłych.

Rozbierając pierwszą baśń ("Kopciuszek") zaczęłam się zastanawiać, czy nie pomijać ich podczas edukowania swoich (przedszkolnych) dzieci. Szybko jednak porzuciłam tę myśl, a to za sprawą "Śpiącej królewny", która uświadomiła mi, że chciałam zrobić to, co zrobili rodzice pięknej dziewczyny: przykryć kloszem bezpieczeństwa, skazując tym samym na nieudolność, niewiedzę, maminsynkowatość. Para królewska to nikt inny, jak chuchający na swe pociechy dzisiejsi rodzice, którzy myślą, że ochronią maluchy przed całym złem tego świata. A im mniejszy klosz, tym większa krzywda.

Poza wspomnianymi bajkami autorki rozbierają również: "Calineczkę", "Czerwonego kapturka", "Alladyna", "Małą syrenkę", "Jasia i Małgosię", "Brzydkie kaczątko". A wszystko poprowadzone w formie luźnej rozmowy, przez co czyta się w zastraszającym tempie. Może na zachętę fragment:

T: Warto przy okazji wspomnieć, że tych wersji jest wiele. W bardziej pierwotnych Kopciuszek wcale nie przypomina świętej.
K: Niemniej powszechnie znamy, niestety, jedynie taką wersję. W niej Kopciuszek nie gada ze wiele, nie dyskutuje, nie odchamrywuje swoim złośliwym siostrom, z pokorą i uśmiechem znosi każdą poniewierkę, nigdy się nie złości.
T:Wiadomo, złość piękności szkodzi... Nie ma co, modelowa z niej dziewczyna. W dodatku ciągle siedzi w domu i pracuje, pracuje, pracuje.
K: Czy to nie ideał kobiety? Nie lata po sklepach, nie wydaje pieniędzy, nie zajmuje się sobą, nie ma nawet jednej porządnej kiecki... Mam wrażenie, że ta wersja  Kopciuszka przyjęła się tak dobrze u nas, bo żyjemy w katolickim chrześcijaństwie.
T: Biblia przecież mówi: "błogosławieni cisi, ubodzy duchem"...
K: I "ostatni będą pierwszymi". To oczywiście wielkie spłycenie tego, o co chodzi w Biblii, bo tam mowa jest o czystości duchowej i prostocie, a nie niewolnictwie, podporządkowaniu się i zaprzeczaniu sobie. To już patriarchalna manipulacja. Po prostu łatwiej rządzić kimś, kto jest cichy i posłuszny, godzi się z niesprawiedliwością. Dlatego tak się wciąż u nas wychowuje dziewczynki: bądź, dziewczynko, grzeczna i miła, a na pewno cię jakiś książę weźmie. Zauważy cie w tym kącie, gdzie sobie dziergasz albo coś czyścisz. Nawet nie musisz być najładniej ubrana...
T: Oj, musisz. Bo ten książę wszak nie przy tym piecu i w łachmanach ją wypatrzył, a kiedy przyjechał z pantofelkiem, to mimo wszelkiej miłości wcale jej nie poznał w jej zwykłych szmatkach...

Z bajek można się dowiedzieć uniwersalnych prawd, które w okresie dzieciństwa bytują na poziomie marzeń, w życiu dorosłym zaś na poziomie rzeczywistości. Baśnie dla dzieci i dorosłych? Coś w tym jest, pod warunkiem, że nie zdradzimy dzieciakom prawdziwej warstwy. Zostawmy ją na później. A sami odnajdźmy swoją ulubioną bajkę z dzieciństwa i rozbierzmy ją.